środa, 28 marca 2012

Mam tatuaż

Poziom endorfin gwałtownie podskoczył. Szalony Sorbet ma pierwszy tatuaż na tylnej stronie lewego udka:


Wykonany został miesiąc temu w rzeszowskim studio Endorphine przez Darka i chyba nie będzie to moja ostatnia tam wizytacja. Jestem tak podniecona tym małym dziełkiem sztuki, jakby to był pierwszy na świecie wykonany tatuaż, haha :D

Chciałam mieć coś kobiecego. Nie byłam pewna czy tatuaż spełni moje oczekiwania czytaj: czy nie przeżyję szoku, że jednak to na resztę żywota mego, dlatego nie decydowałam się na robienie go gdzieś na przedzie, gdzie będę go cały czas mieć przed oczami np podczas porannej toalety. Obawy były płonne. Dziś kombinuję coby tu jeszcze dodać. Może kolce? Na pewno jakiś listek. Chociaż listek jest oklepany... No ale czy róża nie jest? Napis! Tylko jaki?

Tatuaż był otwartą raną i przez pierwsze dni trzeba go delikatnie myć najzwyklejszym szarym mydłem lub żelem do higieny intymnej, dodatkowo smarować go kremem EasyTattoo, który okazał się . . . nie testowany na zwierzętach - vegan friendly :) Ta informacja pochodzi ze strony, nie mailowałam z tą firmą, a znaczek króliczka o niczym nie świadczy, niemniej jednak jestem mile zaskoczona.

Zdjęcie jest, że tak powiem, prywatne i jeśli ktoś je użyje bez mojej zgody to dowiem się gdzie mieszka . . .

wtorek, 20 marca 2012

Dzień bez mięsa

Tak, to dziś nie jemy mięsa! Od 1985 roku dzień ma za zadanie popularyzowanie wegetarianizmu. Nawet jeśli zbyt późno się o tym dowiedzieliście to nie wylewajcie łez - mięsa możecie nie zjeść jutro. I pojutrze :)


O rany jakie to zdjęcie jest okropne! Muszę się usprawiedliwić, że nie mam sił do cykania fotek, a już na pewno nie kupię aparatu, żeby obrazki miały jakąś jakość. Dawno temu uczęszczałam do liceum plastycznego i przez rok miałam lekcje fotografii. Prowadziła je okropna baba. Zajęcia polegały na tym, że czytałyśmy sobie (chodziłam do klasy z samymi dziewczynami) biografie słynnych fotografików . . . Niczego się nie nauczyłam! To liceum zabiło połowę artystki we mnie. Druga połowa śpi w najlepsze. Czasem się obudzi i pomaluje paznokcie ;)

Tak więc jedyny aparat jakim robię zdjęcia to ten, który mam w komórce. Ale lepsze takie zdjęcia niż ściąganie gotowców z netu :P

Na kiepskiej jakoś obrazku uchwyciłam korektor na niedoskonałości firmy E.L.F. (Eyes Lips Face). Nie polubiłam go - jest szeroki i trudno go ładować bezpośrednio na skórę pod oczami. Najpierw trzeba paluchem nabrać i potem korektorować cienie. Szybko zbiera się w zmarszczkach. Ale dużo go jest - starczy na rok. I nie jest taki zły - zakrywa niedoskonałości w przyzwoity sposób.

A skoro już o liceum plastycznym wspomniałam to zerknijcie sobie na Nie zła sztuka blog. Od razu odeśle Was do etykiety zwierzęta, konkretnie poczytać sobie możecie o braciach mniejszych w sztuce, m.in. o kontrowersyjnej "Piramidzie zwierząt" Kozyry czy o pewnym "artyście", który przywiązał psa do ściany i go zagłodził na śmierć, ale także o ratowaniu zwierząt z powodzi.

Enjoy (the silence)

sobota, 17 marca 2012

Barry Horne



Dziś okrągła rocznica urodzin Barry Horne'a.

czwartek, 15 marca 2012

Pocztówki z całego świata

Siedzę sama w swojej dziupli i mam straszną ochotę napisać posta. Straszną!

Konwersowałam sobie z Jagodą i nasunęła mi ciekawy sposób na jeszcze jedno połączenie się z odległymi światami (tak jakbyście czuli niedosyt posiadając konto na facebook, pinspire i naszej klasie). Istnieje mianowicie strona www.postcrossing.com która polega na tym, aby wybrać sobie osoby do których napiszemy kartkę z naszego pięknego miejsca zamieszkania, jakie by ono nie było i ta osoba zobligowana jest do tego samego, tylko, że w drugą stronę. W ten sposób staniemy się posiadaczami kartek np z Madagaskaru bądź Wysp Dziewiczych (jeśli wybierzemy sobie osoby z tych państw na nasz cel). Na stronę trzeba się oczywiście zalogować.

Kochani. Uwielbiam tego bloga! A ponieważ jestem tu tyranem i narzucam się Wam moim sposobem postępowania i myślenia ufam, iż nie będziecie źli jeśli odbiegnę niekiedy od tematyki cfuelty-free. Bo taki mam wiosenny kaprys.

Przyznam się Wam, że blog spowodował u mnie drastyczne zmiany w moim życiu. Nigdy nie podejrzewałam, że stanę się wegetarianką. Pałętając się po blogu Mad Tea Party nadziałam się na post o tatuażach i zrobiłam sobie jeden (nie żebym BB zazdrościła, raczej mnie pozytywnie w tym kierunku nakręciła). Z kolei Antropologia Dnia Powszedniego dała mi motywację, żeby ruszyć moje rosnące dupsko i wrócić do ćwiczenia jogi. Patrząc na to wszystko co robię ze sobą za rok będę ubierać się w hinduskie szmatki, palić kadzidełka i brać czynny udział w kolorowych paradach . . . Jakaś relacja się wtedy pojawi.

Bajobongo hej!

poniedziałek, 12 marca 2012

Dawno, dawno temu

Bonjour! Comment, ca va? Łi łi - uczę się francuskiego, pierwsza lekcja za mną. Okropny język, bardziej romantyczny od niego jest włoski. Uczę się, aby wrócić do Francji, ponieważ kraj jest w deche. Od dawna marzę, aby najechać europejskie stolice i cel swój osiągnę!

Zimna ku mojej złości szybko mija, Kotek śpi sobie na parapecie, wypiłam właśnie barszcz bordowy i piszę sobie posta.

Poszukiwane ze zdjęć polskie kosmetyki firm Delia i Celia, którymi smarowały się nasze mamy, a na pewno starsze siostry, znaleźć można najprędzej w shopie za rogiem, który prowadzi sympatyczna Pani Czesia lub Stanisława. Ja swoje kupiłam dawno, dawno temu w sklepie esentia.pl i nic zarzucić mu nie mogę, zwłaszcza, że ma w ofercie dużo cf marek.

Pudrem zmatujemy sobie twarz coby nie wyglądać jak wiesiek z "Potopu". Na sobie można przetestować - cery nie wypali ;) Spoko jest - ładnie pachnie, posiada lusterko i eleganckie opakowanie. Miły prezent dla Mamy. Taki retro :)

Natomiast kremami poratujemy kończyny dolne. Pamiętajcie drogie Panie, aby dbać o stopy, w przeciwnym razie, jak mawia Szlam.bloblo.pl zniszczycie sobie najfajniejszą kiecę.




Adieu mą szeris! <całus z języczkiem>

poniedziałek, 5 marca 2012

Szynkowar dla wegetarian ^^

Parę dni temu siedzę sobie przed mało eksplorowanym przeze mnie telewizorem z kawą w łapce i gały mi na wierzch wyszły z powodu tzw afery solnej, która dowali głównie zakładom mięsnym i żałowałam, że wegetarianką nie zostałam 10 lat temu... Tak sobie teraz myślę: ćwiczę jogę, nie palę, nie chleję jak świnia, a za 5 lat okaże się, że mam raka - w końcu ten syf w mięsie jadłam przez całe życie i gdzieś to się odkładało w organizmie. Już nawet nie mam ochoty nikomu przysolić, po prostu mi ręce opadają, gdy na światło dzienne wychodzi taka akcja. A niech was, chciwy pomiocie, drzwi ścisnął!

Jakiś czas temu mój rodziciel zainwestował w machinę do robienia mięsa w domowym zaciszu. Polecam Wam dietę wegetariańską, zwłaszcza teraz, gdy wiosna za paskiem, ale jeśli już jesz mięso, Drogi Czytelniku, to też zainwestuj w taki wynalazek.

Przy dźwiękach płyt: Therion "Theli" oraz Haendla "Juliusz Cezar" przez 2 godziny razem z siostrą walczyłam ze zrobieniem pierwszego w naszym życiu pasztetu sojowego. Przepis pochodzi ze strony Bea w kuchni i został lekko zmodyfikowany, ale nie będę przytaczać szczegółów - zrobicie sobie pasztet wg własnych zainteresowań smakowych. Oto etapy produkcji:

Gotowa masa jest gęsta, nie spływa z łyżki, wszystkie składniki zmieliłam w malakserze, coby szybciej było:


Szynkowar to tuba metalowa, gadżety obok służą do przyciśnięcia masy, dodatkowo potrzebny jest foliowy "rękaw", który zakładamy na tubę:





Upchnięta masa sojowa powinna pozostać w kąpieli wodnej przez niecałe 2 godziny. Po tym czasie tuba powinna studzić się dosyć długo, najwygodniej robić taki pasztet wieczorem:


Z masy, która nie została upchnięta w tubie uformowałam 6 kotletów. Dodałam niestety za dużo kaszy manny (bułka tarta wyszła, a do sklepu daleko). Zamroziłam je i wyciągam do obiadu, gdy zajdzie taka potrzeba.



Fajna sprawa taki szynkowar. Wiesz co i w jakich ilościach upychasz i co potem zostanie przez Ciebie skonsumowane, jest to też jakaś oszczędność finansowa. Od siebie dodam, że pasztet sojowy wyszedł pyszny! Wystarczy mi na jakieś 2 tygodnie. Za składniki zapłaciłam około 15 zł (nie wliczałam produktów typu olej czy przyprawy, bo one zawsze są w kuchni).

A do poduszki polecam dziś książkę "Sto butelek na ścianie" kubańskiej pisarki o imieniu Ena Lucia Portela. Bardzo mnie ubawiła, choć nie jest to historia wesoła. Po pierwszym rozdziale miałam ochotę wręcz oddać tą głupią lekturę do biblioteki (główna persona jest bita i wyzywana przez swojego chłopaka, o co kurde chodzi??). Wkręciłam się po drugim rozdziale, gdy Zeta zaczyna opowiadać swoje życie. Powieść o kobietach i pewnym porąbanym samcu, nie tylko dla kobiet. Jedna z bohaterek - Linda jest wegetarianką ^^

piątek, 2 marca 2012

1%

Lepiej późno niż później! Jeśli rozliczacie się w Urzędzie Skarbowym to postarajcie się proszę, aby 1% poszedł na cele charytatywne, a nie na rząd. TUTAJ macie jedną z możliwym opcji. Film udostępniam za zgodą Merys, którą serdecznie pozdrawiam :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...