wtorek, 28 lutego 2012

Piwne inspiracje

Siedziałam pewnego dnia przed telewizorem z puszką piwa, ale mi nie smakowało. Ogólnie lubię ten trunek, ale tego dnia, nie wiem czemu, nie mogłam go zmęczyć. Będąc nastolatką przeczytałam w gazecie kuzynki o domowych sposobach na poprawienie nadwyrężonej urody. Jedna rada brzmiała: umyj włosy i wypłucz je w piwie. Nie wiedzieć czemu utkwiło mi to w pamięci (w gazecie było jeszcze coś o cytrynie, reszta artykułu owiana jest mgłą). Patrzę na moje otworzone piwo, którego nie miałam siły skończyć, jednocześnie myśląc o tym, że moje pióra już niezbyt świeże... Idę do łazienki! Umyłam głowę szamponem w kostce Lush Trichomania, poczekałam aż woda spłynie, i zaczęłam płukać szklanką piwa. Efekt jest naprawdę ciekawy - włosy ładnie się sypią, są sprężyste, lekko uniesione i w ogóle nie capią alkoholem - jeśli zanurzycie nos w swoją czuprynę to poczujecie chmiel, ale jest to bardzo delikatna woń, myślę, że chłopaki będą chcieli się instynktownie przytulać do Waszych włosów jak do piersi matki, gdy byli niemowlakami ;)



 Inne zastosowania piwa zassane z neta, być może nie wszyscy wiedzą, że owym trunkiem:
- można polerować drewno - piwo powinno być wygazowane, nanosimy odrobinę na ściereczkę i myjemy tym drewno, nadmiar wilgoci przecieramy suchą ścierą,
- wytępimy niechciane ślimaki w ogrodzie - w ziemię należy wkopać garnek lub talerz, wlać do niego piwo. Odurzone ślimaki utopią się w płynie. Piwo należy codziennie zmieniać na świeże. Może ta sama pułapka zadziała na myszy w piwnicy? Hmm...
- które zostało z imprezy możemy wylać do ogrodu - ponoć dobrze wpływa na rośliny,
- zlikwidujemy bezsenność - piwo przeważnie pijam wieczorem. Robię to celowo, ponieważ cierpię na bezsenność właśnie,
- wyleczymy przeziębienie - szklankę piwa podrzewamy w garnuszku, dodajemy 2 łyżeczki cukru i pijemy małymi partiami, może nie powinnam się do tego przyznawać, ale rodzice leczyli mnie w ten sposób, gdy miałam 10 lat. Świetne lekarstwo!
- pozbędziemy się sensacji żołądkowych - dwutlenek węgla przywruci równowagę (podobne działanie mają także inne napoje gazowane).



Piwo jest dobre na nerki, oczyszcza organizm z toksyn, rozpuszcza substancje, które nie wydalone z organizmu tworzą kamienie nerkowe. Obniża ciśnienie krwi (winko do obiadu spełnia właśnie tą rolę).
W Europie nietrudno znaleźć SPA w którym można się w piwku wykąpać. Myślę, że na kolejne urodziny zrobię sobie piwną kąpiel, a co!

Wiem, że wiele z czytelniczek tego bloga posiada w swojej kolekcji kosmetyków olej kokosowy. TUTAJ poczytacie o 80 sposobach jego użycia.

Skoro już zaczęłam pisać posta to wypadło dodać jakieś zdjęcia. Żeby nie było cały czas kosmetycznie to umieszczam firmę Sante. Batonik z pierwszej foty jest przepyszniasty! Opakowanie kotletów sojowych natomiast robię całe za jednym zamachem i zamrażam. Raz na jakiś czas wyciągam i pochłaniam je z ziemniakami i surówką tudzież jajcem sadzonym. TU macie jeden z wielu przepisów na przygotowanie tego typu gotowców.

sobota, 25 lutego 2012

Mydłoteka

Gadam sobie jakiś czas temu z obywatelką Aleksandrą o demakijażu. Kwiczę:
- No i twarz mam suchą jak ściera zdjęta z kaloryfera. Buuu, to pewnie przez te płyny do zmywania makijażu.
- To używaj mydła.
- Cooo? Przecież jeszcze bardziej mnie wysuszy, poza tym jak zwykłe mydło ma mi tusz zmyć?
- Nie wysusza - zmywam w ten sposób od dawna i nic mi nie dolega. Musisz tylko trochę dłużej oczy trzeć i potem trochę kremu nałożyć. Cera jest super po tym. 
- Ściemniasz...
- Nie.
- Tak
- Nie!
No i umyłam tego dnia twarz mydłem i Aleksandra miała rację :)
Można oszczędzić kasę na płynach, tonikach, mleczkach, wacikach kupując jedno, naturalne mydełko. Działa, działa!


Jestem sobie mała, wesoła, ekolożka. Segreguję śmieci, gaszę światło, zakręcam kran, gdy widzę, że mama podczas mycia garów odchodzi od zlewu, żeby zalać wrzątkiem herbatę. No i kupuję wegetariańskie mydła Le Petit Olivier, których opakowania pochodzą z recyklingu. To mydlisko należy do tych droższych, wyższopółkowych, ale jest tak duże, że nie mogę go w obu dłoniach pomieścić, zużywałam je chyba przez rok. Jak najbardziej nadaje się do demakijażu twarzy. 

Wkrótce napiszę Wam o płukaniu włosów piwem :)

wtorek, 21 lutego 2012

Tag: 5 rzeczy, które chmolnęłabym na gnój


Tag! Via Linusiaczek
ZASADY:
- napisz, kto Cię otagował i zamieść zasady TAG'u
- zamieść baner TAG'u i wymień 5 rzeczy z działu kosmetyki ( akcesoria, pielęgnacja, przechowywanie, kosmetyki kolorowe, higiena), które Twoim zdaniem są Ci całkowicie zbędne bo:
- maja tańsze odpowiedniki
-są przereklamowane
- amatorkom są niepotrzebne
- bo to sposób na niepotrzebne wydatki...
...i krótko wyjaśnij swój wybór
- zaproś do zabawy 5 lub więcej innych blogerek

1. Cienie sypkie. Nie lubię ciulstwa, osypuje się to zarówno z pędzla jak i z oka. Osobiście nie lubię bajerów, które zajmują mi 3X więcej czasu. Wolę tradycyjne, prasowane barwniki na oko, przynajmniej nie robi się syf podczas malowania. 

2. Tanie perfumy z kiosku. Wolę "pachnieć" potem, niż wynalazkami typu Lacroste czy Christiano Doro.

3. Doczepiane włosy, tipsy, sztuczne rzęsy, botoks, sztuczne piersi, kolor włosów, który nie występuje normalnie w przyrodzie na głowie homo sapiens np zielony. Zauważcie, że jeśli powiększycie sobie wargi sadełkiem, który wyciągnięto Wam z pośladków, to potem, gdy ktoś będzie Was całował w usta to będzie tak jakby Was całował w du...pę! (cytat EvyBu). Hahahaha :D

4. Osobny krem do szyi i dekoltu, inny na brzuch w ciąży, kolejny na stopy, oczywiście inny na powieki, jeszcze jeden na szczupłe nadgarstki... Czytałam raz anegdotę: chłopak goli się w łazience, ale zabrakło mu balsamu. Postanowił sięgnąć do szafki swojej dziewczyny, a tam 16 różnych kremów... Chyba się nie zdecydował na żaden. O rany - jeden olej kokosowy wystarczy! 

5. Wynalazki typu wałeczek do podkładu (loreal miał takowy) lub samoobracająca się szczoteczka tuszu do rzęs (dior. Dobrze, że przynajmniej nie trzeba do niej wlewać benzyny i przekręcać kluczyka). Koszty są bajońskie. Wolę sobie kupić drogi lakier do paznokci. 

Do zabawy zapraszam wszystkie dziewczyny, które mają swojego bloga, zaglądają tu, ale nikt ich nie otagował :) Czujcie się zaproszone do zabawy!

sobota, 18 lutego 2012

Doktor Organiczny

Bycie na bieżąco osobą, która kupuje kosmetyki nie testowane na zwierzętach jest ciężkie jak gacie z ołowiu. A tym bardziej takie gacie ciążą osobie, która prowadzi o tym bloga. 

Niniejszym ogłaszam, że wywalam avon ze swojej listy. Okazało się, że ściemniali i wbrew temu co pisali w katalogach (na ostatniej stronie od wielu lat widniała notka, że nie testują) cały czas przeprowadzali eksperymenty na zwierzętach. Nie ukrywam, że przeraża mnie ten proceder w czasach, gdy tyle się mówi o ekologii, naturalności, recyklingu, segregowaniu śmieci. Mam wręcz wrażenie, że co roku coraz więcej zwierząt ginie śmiercią bynajmniej naturalną z okazji testowania nowych substancji. Masakra. 

Jeśli dobrze poszperamy w sieci lub w mieście w którym żyjemy znajdziemy sklep z naturalnymi produktami to okaże się, że firm cruelty-free jest całkiem sporo. Na przykład Dr.Organic. Kupiłam ten miodny antyperspirant w pięknej Holandii i przyznać muszę, że używanie go sprawia mi dużą przyjemność. Psychika od razu zarejestrowała napisy umieszczone na etykiecie:
- aluminium free
- SLS free
- paraben free
- alcohol free
- natural (bez konserwantów i sztucznych barwników)

Jednym słowem - miodzio! Dla wegetarian i wszystkich, którzy zwracają uwagę na to co kupują. Ten akurat kosmetyk był w promocji za 5,09 eurasiów i przyznać muszę, że tak jak większość kosmetyków naturalnych Dr.Organic jest firmą drogą - ich szafa w sklepie De Tuinen w Venlo cenowo nie schodziła poniżej 10 euro/kosmetyk. 
Antyperspirant jest niestety kiepski. Jeśli jesteś osobą, która ma problemy z nadmiernym poceniem się to nie musisz czytać dalszej recenzji. Co mnie wnerwia najbardziej to kulka w tego typu produkcie - wstajesz rano, smarujesz paszki i czekasz aż płyn się wchłonie... Jeśli się nie wchłonie to zostawia żółtą plamę na jasnym ubraniu. Nie jestem osobą nadmiernie pocącą się, ale pod koniec dnia nieprzyjemne wrażenie pod pachami jest odczuwalne. Miewałam lepsze deodoranty. 

Plusem jest przepiękny, bardzo intensywny zapach miodu, który niweluje zapach potu - biorąc pod uwagę skład to można chyba ten antyperspirant wlać do herbaty i sączyć w zimowy wieczór ;) Bardzo wysoka cena odstrasza, niech Was jednak recenzja nie odstraszy od firmy, która bądź co bądź nie testuje na zwierzętach i ten fakt niech nam utkwi głęboko w pamięci podczas zakupów :)


niedziela, 12 lutego 2012

Fresh pyszczek

Słów kilka o paście do zębów Dabur. Dopadłam ją w sklepie zielarsko-medyczno-naturalnym. Lubię do niego chodzić ponieważ obsługa jest kompetentna i sympatyczna, a to zdarza mi się nieczęsto, niestety. Do wyboru dostałam dwie pasty Dabur. Wybrałam wersję z goździkiem (właściwości antyseptyczne, przeciwbólowe i antybakteryjne)Co do goździków to można ich użyć w ramach odświeżenia oddechu. Jest to metoda Arabek. Koran pozwala rozwieść się jeśli kobieta ma cuchnący oddech, więc lepiej zagryźć jednego gożdzika... Świetna alternatywa jeśli wyszły nam Mentosy, płyn do płukania ust się wylał niechcący, pasta do zębów się skończyła, a chłop stoi pod drzwiami z kwiatami w ręku z okazji dnia Św. Walentego :3

Wracamy do pasty. Na opakowaniu pisze, że to produkt dla wegetarian. Pasta oczywiście nie testowana na zwierzętach. Nie zawiera barwników i konserwantów (konserwanty po angielsku to preservatives i nigdy nie zgadniecie o czym pomyślałam w pierwszej chwili;)) Ogólnie pasta spoko, ale nie mogę przyzwyczaić się do jej goździkowego smaku. Nalot, po którym zostaje uczucie niedomytych zębów niestety pozostaje, a takiego efektu nie było po użyciu pasty Himalaya Herbals. W produkcie nie ma fluoru, jest za to Sodium Lauryl Sulphate i Glycerin. Pozostałe składniki to łacińska terminologia ziołowego nazewnictwa, która jest muzyką dla moich uszu <amore latin>

100ml pasty, za około 15złych. Jest bardzo wydajna! Nie nakładajcie jej dużo - piana toczyć się będzie wściekle. 


Z życia zaczerpnięte:

Chciałabym, żeby rozmowy o wegetarianizmie (cały luty u mnie już bez mięsa, oklaski proszę!) albo o kosmetykach cruelty-free miały mniej więcej taki przebieg jak moja konwersacja z bratem:

- Przestawisz się na kosmetyki nietestowane na zwierzętach?
- Dlaczego?
- Bo (i tu kilka zdań na ten temat).
- Ok. Tylko mów mi jakie firmy są ok.

Idealny wprost ideał ^^

wtorek, 7 lutego 2012

Nauczyciel

TEN film mnie rozwalił! XD



xoxo

środa, 1 lutego 2012

Koyaanisqatsi


To jest zaproszenie do obejrzenia filmu, który trudno zakwalifikować. Koyaanisqatsi (czytaj kojaniskatzi) z 1982 roku nie jest dokumentem. Brak narratora czy aktorów powoduje, że czujemy się skołowani podczas seansu. Obrazy ziemi, ludzi, nowoczesnej technologii, a w tle leci dziwna muzyka. No i trzeba tak wytrzymać 90 minut. Znam osobę, która po pierwszych minutach zareagowała ze złością: "Co to qrwa, jest?!" To jest dzieło, które trzeba obejrzeć, a nie komentować.

Dziwi mnie takie zdanie, powtarzane często np na forum filmowym: "Trzeba być pod wpływem co najmniej jednego grzybka, żeby zrozumieć o co biega." Biega o to, że staliśmy się ludźmi, którzy nie wiedzą po co właściwie istnieją na tym padole. Budzisz się rano, przełykasz ślinę, idziesz do pracy, przyjmujesz pokarm, zatruwasz środowisko, śpisz. Ale zdarzy się, że czasem coś zwróci Twoją uwagę i gapisz się zafascynowany - ja się tak czułam po pierwszym seansie filmu, a zwłaszcza po ostatnich minutach, gdy wybucha rakieta. Genialny film o świecie jaki stworzyły sobie chodzące na dwóch nogach zwierzątka.

Koyaanisqatsi to słowo z języka ludu Hopi, znaczy mniej więcej:
1. szalone życie
2. życie w podnieceniu
3. życie wytrącone z równowagi
4. rozpadające się życie
5. stan życia, który woła o inny jego wymiar

Jeśli wydaje się Wam, że macie dość filmów typu "Legalna blondynka", "Ace Ventura" albo "Erin Brockovich", albo wydaje się Wam, że widzieliście już wszystko, to pamiętajcie - wydaje się Wam!


Zdj.: Chipsy Lorenz. Na seans jak znalazł.

Miłego tycia ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...