niedziela, 20 sierpnia 2017

LINK-LOVE

Jeśli zauważacie u siebie tendencje do wyrzucania jedzenia to należy się Wam plaskacz w policzek. A potem zerknijcie sobie na stronkę NIE MARNUJE. Nie bójcie się kupować nieco już przejrzałych owoców lub warzyw w sklepie - przeważnie lądują potem na wysypisku, ponieważ konsumenci wybierają najśliczniejsze pomidorki czy papryczkę bez najmniejszej plamki. A można z tych już mniej pięknych zrobić przecier lub sos do spagetti. Pytajcie wręcz czy sprzedawca nie pozbędzie się tego za pół ceny! Ostatnio w polskim sklepie kupiłam za grosze dżem śliwkowy, ponieważ zostało 2 dni do końca daty ważności. W innym pani dała mi za darmo 3 flaszki soku pomarańczowego, ponieważ było już po terminie (taka data tylko sugeruje, że coś zaczyna być nieprzydatne do spożycia, ale nie dostaniecie zatrucia pokarmowego, bo cyferki na jogurcie są wczorajsze).

SANDRYNKA to genialny blog o przerabianiu starych gratów i dekorowaniu nimi mieszkania. Cztery kąty Sandry baaardzo mi się podobają! Chyba nic tu nie pochodzi z Ikei. Jednym z jej ostatnich pomysłów to pomalowanie ściany na czarno. Zawsze myślałam, ze to najmniej trafiony pomysł na aranżację wnętrza, teraz się nad tym sama zastanawiam :) Innym blogiem o dekorowaniu wnętrz przy minimalnym budżecie jest STYLE RECITAL - uwielbiam laskę za poczucie humoru, każdy post jest jajowy, zero spiętych pośladków i pisania pod publiczkę. I również uwielbiam za inspiracje jakie mi zapodaje, bo olewa wszystkie najnowsze trendy w stylizacji mieszkań (jak zobaczę jeszcze jedno skandynawskie wnętrze albo łapacz snów to cisnę pierwszym, jawnie hejterskim komentarzem w życiu).

KORNELIA ORWAT stawia natomiast na rezygnowanie z foliowych torebek. Do sklepu zabierajcie wiklinowe kosze, materiałowe torby lub nawet własny papier, w który można coś zawinąć - to przejdzie w sklepie Lush, gdzie niektóre kosmetyki pakowane są w ich papierowe torebki np kule do kąpieli. 

I na koniec świnka Matylda <3

I to wszystko na dzisiaj Kochani! Mam nadzieję, że spodobają się Wam linki i coś zaczerpniecie dla siebie. Stron w internetach od groma i przesiać je w poszukiwaniu czegoś interesującego to spora strata czasu wg mnie. Być może zanurkujecie w śmietniku lub zwrócicie uwagę na spożywcze brzydale w supermarkecie. Powodzenia :)





------------------------------

sobota, 12 sierpnia 2017

ORLY

Brakuje mi na macierzyńskim buszowania po bibliotece. Kiedyś na bezrobociu to właśnie książki mnie ratowały od zwariowania - chodziłam sobie do pobliskiej biblioteki, której zapach uwielbiałam, pogadałam sobie z panią, która akurat miała zmianę. No i mogłam tam spędzić godzinę, nikt mnie nie wyrzucał, nie podchodził, jak w drogerii, i pytał czy pomóc albo śledził, bo pewnie coś ukradnę.

Przeczytałam kilka świetnych lektur, które przywiozłam sobie z Polski, ale o nich bliżej jesieni napiszę :)

Innym moim zabijaczem czasu jest malowanie paznokci - nareszcie sobie mogę poużywać, ponieważ w pracy wymagano ode mnie czystych, krótko obciętych paznokci. Od paru miesięcy używam ORLY i się nacieszyć tą firmą nie mogę. 



Jest jeden nieprawdopodobny plus weganskich lakierów - nie śmierdzą chemią. Mam w dalszym ciągu kilka starych, testowanych na zwierzach lakierów np P2 i China Glaze (kupiłam je, gdy jeszcze były na zielonej liście) i najchętniej używałabym ich nosząc maskę przeciwgazową. Teraz w modzie jest hybrydowanie, akrylowanie czy co tam jeszcze, ale mnie strasznie kręci malowanie paznokci tradycyjnymi lakierami. Co kilka dni robię sobie małe spa dla dłoni i stopek - odpycham, piłuję, masuję i maluję. Relaksuje mnie to, na zadbanie dłoni zawsze znajdę kilkanaście minut. 

Bardzo lubię Cutique Orly do usuwania skórek. Usuwa skór(czyby)ki na śmierć! Jest to glutowata maź, którą nakładam na minutę (po uprzednim peelingu kawowym albo po prysznicu dla dodatkowego zmiękczenia) - po tym czasie odsuwam nadmiar z płytki wykałaczką. 

Natomiast beżyk Prelude to a kiss z mojej kolekcji jest farbką idealną do każdej karnacji i kreacji, taki nudny, nie zwracający na siebie uwagi. Lakier długo się trzyma, oczywiście zawsze używam utwardzacza na wierzch. Ale akurat pod ten kolor nie nakładam bazy - nie potrzebuję jej pod wegańskie, jasne lakiery. Dodatkowego triku jak przedłużyć trwałość lakieru nauczyłam się od Nissiax83 - chodzi o malowanie końcówki paznokcia, sam czubek.

Oba kupiłam w TK Maxxie. Widzę tam często wegańskie lakiery Ciate, kupiłam też SPARitual oraz Butter London. Warto zaglądać do tego sklepu jeśli macie w okolicy! 

----------------------------------------------

piątek, 4 sierpnia 2017

CZEGO NIE LUBIĘ W SZKOCJI

A nawet nie w Szkocji lecz w Edynburgu, ponieważ tu spędzam 99.9% mojego czasu. Z zainteresowaniem przeczytałam taki post o Australii u Dagmary Hicks z Całej Reszty. Obaliła moje stereotypowe wyobrażenie o tym miejscu sielskim-anielskim. 

Jak przyjechałam do stolicy Szkocji to wydawało mi się, że miasto jest czyste, ludzie przemili, pogoda idealna, a zarobki cudowne. Co mi uciska nagniotki?


ZA DUŻO LUDZI NA METR KWADRATOWY:

Edi to miasto żyjące turystami. Ale w sierpniu jak zleci się ich cała masa na festiwal to tych ludzi jest kilku na centymetrze kwadratowym - nijak dojechać do pracy, uczucie klaustrofobii, ścisk, hałas, brak wolnych miejsc w knajpach, spóźnione autobusy. Jest naprawdę kolorowo i miło, ale wielu stałych mieszkańców ucieka na 3 tygodnie z miasta na wakacje. Często wynajmują swoje mieszkania przybywającym na czas festiwalu, zerkajcie na citylets.



PSIE KUPY:

Niby wszyscy sprzątają po swoich psach, ale dlaczego w takim razie bez przerwy nadziewam się na rozdeptaną psią niespodziankę? Dosłownie kilka dni temu szłam za facetem z psem, weszłam do szmateksu na rogu mojej kamienicy i jak wyszłam to prawie nadziałam się na cieplutką i parującą kupkę, a facet znika w klatce. No comment.



BRAK WARZYWNIAKA POD BLOKIEM:

Nie ma tu czegoś takiego. Wszystko jest pakowane w folię i tylko w supermarkecie. Nie kupisz czereśni albo fasoli na wagę. Zdarzają się takie rzeczy w dużym markecie. Ale to nie to co stary, dobry warzywniak. Nigdy nie kupiłam w Edynburgu np pachnącej natki albo szczypiorku. Z grzybów są tyko pieczarki. Ziemniaki i truskawki - blee. Nie ma śliwek węgierek! Babcia sprzedająca pod sklepem produkty z działki? Zapomnij - wszak jesteśmy w Unii! Z zakupów zawsze przynoszę kilka opakowań plastikowych pojemników, w które są wsadzone owoce + całość jest zafoliowana. Koszmar ekologa.



KORKI KORKI:

Osobiście nie prowadzę, ale wszyscy zmotoryzowani narzekają, że w mieście jest za dużo aut, autobusy są przepełnione i się wleką.



USŁUGI:

Gdy pracowałam od pon-piątku pomiędzy 8.30-17.30 to aby cokolwiek załatwić na mieście musiałam brać dzień wolnego. Banki do 15, lekarz przyjmuje do 16. W sobotę żadne biuro nie pracuje, więc aby złożyć papiery o wynajem mieszkania to trzeba było się urwać z pracy wcześniej. Czasem przyjdziesz do dentysty i uderzysz się o klamkę, ponieważ załoga ma w okolicach południa przerwę na godzinny, niepłatny lunch. I nie zapiszą Cię choćby mieli jeszcze 10 min przerwy, a zarejestrowaliby cię w 30 sekund (u mnie w pracy to zauważyłam). Musisz przyjść za 10 min, koniec dyskusji!



GP I DENTYSTA CZYLI NFZ NA WYSPACH:

Nie lubię. Dodzwonić się do nich nie ma jak - trzeba osobiście się przejść. Kolejki do lekarzy są tragicznie długie. Wolę iść do lekarza w Polsce (prywatnie, bo u nas nie płace taxów). Moja pierwsza wizyta u GP była nieprzyjemna: starsza kobieta w białym mundurku wypytała mnie o wagę wzrost, kod pocztowy etc i ....tyle. Good bye! No a ja przyszłam z konkretnym problemem, na dodatek wzięłam dzień wolnego w pracy. Ona miała dla mnie tylko 15min, kolejny pacjent czeka, a musi skończyć punkt 16. Widać, że się śpieszą. To samo u dentysty: wszyscy są odliczeni co do minuty i jeśli masz dziurę to dentysta zaklei ją tymczasowo i musisz umawiać się na kolejną wizytę. Coś takiego mnie nie spotyka w Polsce. Jak przychodziłam do lekarza rodzinnego to zawsze pytał jaki problem, czy coś mi dolega, jak mama się czuje? Kojarzy całą rodzinę. U dentysty natomiast od razu pełny pakiet: usuwanie kamienia, plomba, zdjęcie rtg.



DESZCZO - WIATR:

Lubię deszcz, naprawdę mi on tu nie przeszkadza, zwłaszcza, że są to przeważnie kapuśniaczki kilkuminutowe, a nie ulewa z gradem i piorunami. Bardziej wkurza mnie zawsze dmący wiatr. Nie zrobię sobie tu fryzury jak z reklamy (bo nie umiem i nie warto), nie przejdę się z rozpuszczonymi włosami, bo mam wieczorem kłaki nie do rozczesania. No i sukienki - o baloniastych, szerokich, lekkich zapomnij, bo będziesz musiała je przytrzymywać w kroczu przez cały pobyt tutaj. Parasolka wam tu nie potrzebna, bo jak dmuchnie to zostanie sam szkielet.



WILGOĆ:

Jeśli wydaje się Wam, że deszcz jest w Polsce okropny to pamiętajcie: wydaje się Wam. W Szkocji w okresie letnim pada przez większość czasu, ludziom pleśnieją ubrania w szafach, w mieszkaniach do wynajęcia często wali domestosem, ponieważ ktoś pleśń starał się przetrzeć wierząc, że to coś da. W łazience pleśnieją mi nawet tubki z mało używanymi kosmetykami. Reumatyzm to najczęstsze schorzenie występujące u starszych ludzi. Miejscowi podsumowując najcieplejszą porę roku powiedzą: lato było w tym roku w środę, po południu! Tutaj nie ma czegoś takiego jak słoneczny dzień - zawsze popada. Gorzej jest chyba tylko w Irlandii.

WSZĘDZIE WYKOPKI:

Miasto jest stare i co chwila coś tu pęka, podmaka, wilgotnieje, wali lub buduje się. Zwłaszcza ulice są jak paczwork. Przyjedź do stolicy Szkocji i poczuj się jak na polskich drogach! - powiedziałabym kiedyś, ale podziurawione jak ser rodzime drogi to już historia.


Fotosy - Barbara


WSZĘDOBYLSKIE How are you? Fine:

A potem kolejne pytanie: how was your weekend/last day/day off? I trzeba się podzielić tym, że zjadło się kolację/obejrzało film/pogrzebało w nosie, pomimo tego, że poprzedniego dnia widziało się te osoby i każdej opowiedziało planach na wieczór.... Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Serio, trudno mi czasem przychodząc z rana do pracy wyłuskać z siebie owe ,fine-how-are-you?' To forma grzecznościowa, ale ja z rana nie muszę się z nikim komunikować; tak niestety mam, że mogę warknąć F Off!

PAPIEROCHY:

Tutaj kopci każdy. Nie ma spaceru, w czasie którego ktoś przede mną nie ćmiłby szluga. Kosze obok przystanków są oblegane przez palaczy. Każdy niby walczy z nałogiem, ale w Edynburgu chyba nikt tego serio nie traktuje.


------------------------------------------
MARY BLACK NO FRONTIERS

poniedziałek, 24 lipca 2017

KIKO TOP COAT

Pierwszy raz zetknęłam się z Kiko Milano w upalnych jak diabli Włoszech. Nie potrzebowałam nic do makijażu, ponieważ ten spływał ze mnie od razu po nałożeniu, a w lecie nie ma nic lepszego nad zimny prysznic, pod którym chciałoby się spędzić cały dzień! Wtedy kupiłam tylko miętowy lakier do paznokci, który (jak się później okazało) jest wegański.

Dla mnie jest to odpowiednik naszego Inglota - nie za drogo, niezbyt tanio, świetna jakość. 

Kilka tygodni temu sklep Kiko otworzył się na głównej handlowej w Edynburgu i od razu zaczęli od obniżek cenowych. Ale po raz kolejny nic za bardzo mnie nie zachęciło do kupna. Poza lakierami! Firma zmieniła buteleczki i teraz mają one solidną, pękatą i srebrną zatyczkę, która zabezpiecza przed otwarciem. Ową zatyczkę trzeba ściągnąć z trzonka.



Kupiłam top coat, ponieważ teraz jest to mój niezbędnik do malowania paznokci. Ma nadawać efekt żelowy na paznokciach, ale jest to po prostu zwykła cienka i utrwalająca kolorowy lakier warstewka.

Na oklaski zasługuje natomiast pędzelek - największy grubas wśród pędzli. Ponoć ma 1000 włosków i jestem w stanie w to uwierzyć. Jedno pociągnięcie nim wystarczy, żeby pokryć małą płytkę paznokciową, jeśli wasza jest wyjątkowo wąska to zastanowiłabym się mocno nad kupnem.

Przyspiesza wysychanie, ale mimo wszystko trzeba mu dać jakieś 20 min. Zadowolona jestem z trwałości. Myślę, że godny zastępca Seche Vite (dopóki Logical Harmony nie napisze, że jest ok to nikt im nie uwierzy). 

Seche Vite - gdy utwardzałam nim lakier w niedzielę to w czwartek już chciałam zmyć ponieważ na końcówkach paznokci robiły się już małe, widoczne tylko dla mnie kraki. Kiko daje radę od niedzieli do środy dla porównania. Zaznaczam, że paznokcie mam długie i często myję naczynia i codziennie biorę prysznic. Jeślibym tylko leżała i pachniała to lakier nie odpryskiwałby wcale!

O dziwo Kiko Gel Effect ładnie pachnie, nie jak typowy lakier (który to zapach zresztą bardzo lubię). Wyczuwam nutkę sztucznego olejku migdałowego do ciast. Polecam Wam very bardzo! :)

---------------------------
NA BANI BROCKEN

poniedziałek, 17 lipca 2017

PIXI

Zupełnym przypadkiem znalazłam stacjonarnie szafę z kosmetykami amerykańskiej firmy Pixi (nie mylcie z polską marką Pixie Cosmetics) - w UK szukajcie jej w sieci Marks&Spencer

Opakowania Pixi to głównie fantastyczny, jasnozielony kolor - nareszcie coś innego niż czerń. Love it! Szafa wygląda obłędnie i miałam ochotę kupić wiele, ale był koniec miesiąca, a ceny kosmetyków... eh - wyskokowe. Ta drogeryjna marka w USA jest pewnie groszową sprawą, ale ceny produktów im dalej od domu tym wyższe. Dla przykładu paletka mineralnych cieni: 15 funtów, eyeliner: 14, maskara: też 14 fu. 





Cienie jakie wybrałam to Copper Peach i są ... no kiepskie jak dla mnie. To moje pierwsze minerały i ostatnie jak na razie. Osypalskie i zbierające się w załamaniach po kilku godzinach (nie używam bazy). Mocno perłowe, ciepłe, rdzawe, idealne na jesienne, słoneczne dni. Paletka zawiera 6 miękkich w dotyku, malutkich cieni, które są niewiele większe od paznokcia mojego kciuka. Jeden, najciemniejszy brąz jest matowy (nakładam go sobie na brwi), a najjaśniejszy rozjaśnia łuk brwiowy, tak więc można tą jedną paletką zrobić cały makijaż oczu. Lusterka brak. 

Wygodniej nakłada mi się je palcami. Ot mam taki fetysz :) Wg mnie dokładanie do paletki pacynki + pakowanie jej w tekturkę to marnowanie materiału i zanieczyszczanie środowiska. Choć z drugiej strony papier łatwiej chyba recyklingować niż folię? Ale pacynka w czasach, gdy każda użytkowniczka kosmetyków inwestuje w pędzle to naprawdę śmiech na sali. 

Jestem teraz zainteresowana kosmetykami do pielęgnacji, na pewno jeszcze coś kupię, a interesuje mnie eyeliner, olejek różany z pipetką oraz eliksir pod oczy z kulką.

------------------------------------------------------
TEMPLE OF THE DOG HUNGER STRIKE

środa, 5 lipca 2017

AVALON ORGANICS

Zrobiłam wiosenne porządki w starych postach, ETYKIETACH oraz na MOJEJ LIŚCIE (VEGAŃSKIEJ); poczyniłam naprawdę sporo edycji, ponieważ duuuużo nieprawdziwych informacji w zakamarkach tam siedziało. Aż mi wstyd, że takie chaszcze tu zapuściłam <chlast>. To nie moja bardzo wielka wina - to czas tak szybko leci i nie nadążałam za zmianami w testowanym na zwierzętach świecie.

Jak zaczynałam blogowanie to słałam maile z groźbami i prośbami do firm z zapytaniem jak tam u nich z testowaniem. Przy sprzyjających wiatrach 2/10 moich maili dostało odpowiedź. WOW! Totalna olewka klienta. Zniechęciło mnie to. Niech się teraz młodsze dziewczyny tym zajmują. Ja po prostu przekazuje informacje (sprawdzone przez innych) dalej :)

Od 3 lat siedzę w Szkocji i po prostu nie mam dostępu do polskich szaf z kosmetykami, chemii gospodarczej, Rossmanna, więc nawet nie interesowałam się tym, że Bielenda, Eveline, Wibo, Inglot czy Delia już nie powinny gościć na tym blogu, bo po prostu ich nie kupuję. Kilka lat temu uczepiłam się kilku sprawdzonych (wtedy) informacji i nie docierało do mnie, że perę firm zostało wykupionych przez koncerny (Urban Decay) albo wlazło na rynek chiński (Bell). Bida z nędzą i nie ma pieniędzy... Szkoda, że tak się dzieje.

Pod koniec zakładki MOJA LISTA (VEGAŃSKA) znajdziecie spis innych blogów CF oraz V. Nie opieram się jedynie na Logical Harmony - to amerykańska blogerka i nie ma pojęcia za bardzo o naszych rodzimych, EU kosmetykach, więc zaglądam też na bardziej lokalne strony.

*

Na moją listę zawitało natomiast radośnie kilka innych firm i oto jedna z nich: szampon dodający objętości z rozmarynem Avalon Organics.

Uwielbiam ten produkt! Płyn jest gęsty i wydajny, nie rozlewa się po całym brodziku podczas prysznica. Włosy mam gładziutkie, rozsypują się jak w reklamie, szampon sam w sobie nie zawiera syfu petrochemicznego. Pieni się mocno, dobry do usuwania oleju z włosów - najpierw niewielką ilością płynu myję skalp, zmywam (przy okazji piana spłucze olej z końcówek) i potem jeszcze raz niewielką ilością domywam włosy od karku w dół. 

Fantastyczna, ciemnozielona, prawie czarna, unisexowa, plastikowa (szkoda, że nie szklana) butelka i zapach ziół! Mmmm, zdecydowanie dla mnie. Kupię ponownie, ale wersję cytrynową tym razem. 


---------------------------------
QUEEN INVISIBLE MAN

sobota, 24 czerwca 2017

LOT W CIĄŻY

Troszkę panikowałam czy malutka będzie spokojnie leciała w moim brzuchu. Sądząc po kopnięciach cieszyła się chyba bardziej niż ja lecąc do Polski na tygodniowy urlop. Lot samolotem to najkrótsza opcja jaką można wybrać (samochodem ponad 30 godzin kontra lot, który trwa niecałe 3 - nie ma dyskusji), lecz mimo to zawsze traci się cały dzień na podróż. Trzeba wstać z wyra i coś zjeść odpowiednio wcześnie, potem dojazd na lotnisko, które zawsze jest oddalone od miasta, odprawa to kolejna godzina, lot może być opóźniony, po lądowaniu trzeba się jeszcze z lotniska wydostać i dojechać do domu (jeśli się nie mieszka w mieście w którym się ląduje).
Dla ciężarnej to może być męka. 

Zanim się wtarabaniłam do samolotu to musiałam najpierw iść do położnej i poprosić o wypisanie papierka, że mogę podróż w ogóle odbyć. Na stronie Ryanair wyczytałam, że do 36 tygodnia można lecieć, ale trzeba mieć takie pozwolenie i pokazać podczas odprawy jeśli ktoś o nie poprosi. Po stronie UK nikt mnie o ten papier nie prosił. Natomiast po stronie PL jedna stewardesa zapytała w którym miesiącu jestem, dałam jej wtedy owy papier. Bez niego pewnie bym nie przeszła. Tyle.

Jeśli bym nie mogła lecieć toby mnie na lotnisku nie było. No ale jak trzeba mieć papiery to trzeba mieć papiery.

Ciśnienie na wysokości nie dało mi się we znaki. Podobnie jak całą ciążę lot przebyłam bezproblemowo, żadnych sensacji żołądkowych czy omdleń (czego się bałam), nie miałam zachcianek, gdy załoga serwowała posiłki i napoje, nie suszyło mnie, ani nie musiałam co 5 minut odwiedzać toalety. 

Niezbędnym elementem podczas takiej wyprawy jest mąż/partner/chłopak, innymi słowy ktoś z bicepsem, kto będzie targał bagaże. Akurat moja walizka podręczna na kółkach nie była specjalnie dokuczliwa, ale nie musiałam nikogo prosić, żeby ją umieścił lub wyciągał z luku bagażowego. 

Tu muszę nadmienić, że nie zdarzyła mi się w trakcie trwania ciąży niemiła sytuacja będąca wynikiem mojego odmiennego stanu. Poza tym jednym tygodniem w Polsce cały czas jestem w Edynburgu i codziennie ludzie ustępują mi miejsca w autobusie, albo trzymają drzwi, gdy chcę wejść do sklepu, kierowcy przepuszczają mnie na przejściach. Troskę w oczach widzę zwłaszcza u dojrzalszych, na oko 50-letnich kobiet, którym włącza się instynkt babci najprawdopodobniej :) Jest to przemiłe. Jeśli widzicie kobietę w zaawansowanej ciąży to proszę zapytajcie czy nie ustąpić jej miejsca - nogi naprawdę bolą jeśli nosi się przez całą dobę naturalny inkubator.

Ciekawostka: ponoć w Szkocji istnieje prawo, które pozwala ciężarnej zapukać do prywatnego domu i poprosić o skorzystania z toalety jeśli jest taka potrzeba, a toalet publicznych w okolicy brak. Nie wiem, nie próbowałam, nie odważyłam się nigdy.




Zdjęcie należy do Kingi W., której dziękuję za możliwość udostępnienia


-----------------------------------
THERION MARK OF CAIN
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...